Dlaczego rzuciliśmy wszystko i wyruszyliśmy w podróż...

Ten post będzie o naszej historii. Bardzo osobisty. Odkąd pamiętam, mam w sobie potrzebę podróżowania, wędrowania, odkrywania czegoś nowego. Będąc nastolatką, marzyłam o wyjeździe na misje, najlepiej gdzieś do Afryki. Nigdy tego pragnienia nie zrealizowałam. Życie płynęło dalej, studia, praca, ślub, małżeństwo, mieszkanie, przyjaciele, rodzina. Wszystko było poprawne. Miałam naprawdę dobre życie. Jednak w środku ciągle czułam, że chcę czegoś więcej... Jak pisze Stanisław Barańczak, nigdzie nie czułam się jak u siebie w domu. W naszym życiu brakowało jednego ważnego elementu. Dziecka. Dziecka, o którym marzyliśmy i myśleliśmy, że jest to takie oczywiste i naturalne, że kolejnym etapem w naszym małżeństwie będzie właśnie potomstwo, najlepiej bliźniaki. Niestety, po dwóch latach starań, nadal pustka. Zaczęło się chodzenie po lekarzach, diagnozy, stres, leki...

Myślę, że osoby, które były, czy też są w takiej sytuacji, mogą jedynie zrozumieć ból, jaki jest w sercach ludzi, którzy pragną dziecka, a z różnych powodów nie są w stanie zajść w ciążę. Oczywiście, dookoła wszyscy znajomi, przyjaciele ogłaszają swoją radosną nowinę o ciąży. Absolutnie to rozumiem. Gdybym zaszła w ciążę, chciałabym wykrzyczeć to całemu światu. Niestety, w takich sytuacjach, chcesz się cieszyć, dzielić szczęściem innych, ale jest to po prostu niemożliwe. Zalewa cię kolejna fala cierpienia. Nie do opisania.

W lipcu 2021 roku usłyszeliśmy diagnozę. Bezpłodność. Naturalne zajście w ciążę będzie cudem, jak to ładnie opisała lekarka. Dla nas nienaturalne zajście w ciążę, nie wchodziło w grę. Powoli docierało do mnie, co to wszystko oznacza. Mimo ogromnego bólu i wylanych łez wiedziałam, że życie ludzkie jest darem. I nadal wierzę, że jest Ktoś kto ma władze większą niż lekarze.
Wierzę w cuda. Ponieważ doświadczam cudów.


Ta informacja, jaką usłyszeliśmy od lekarza sprawiła, że chciałam zmienić swoje życie, przewrócić do góry nogi, zrobić rewolucję, po prostu sprawić żeby ten ból był mniejszy. Prawdopodobnie była to chęć ucieczki, właśnie od bólu. Stwierdziłam, że skoro dzieci nie mamy, praca nas nie satysfakcjonuje, dlaczego nie rzucić wszystkiego w cholerę i rozpocząć podróż, o której zawsze marzyłam. Ta myśl kiełkowała we mnie coraz bardziej, oczywiście nie omieszkałam się nią dzielić z Kubą, kilka razy dziennie. Parę miesięcy później, postanowiliśmy zrealizować to, co od dłuższego czasu chodziło nam po głowie. Złożyliśmy wypowiedzenie w pracy, wyprowadziliśmy się z wynajmowanego mieszkania i ruszyliśmy przed siebie.

Pierwszym etapem była podróż na Podlasie, do naszego dobrego przyjaciela. Doświadczyliśmy tam wiele dobra, gościnności, długich wieczornych rozmów, otworzyliśmy się na drugiego człowieka. Przyznaje się, że dla mnie to jest najtrudniejsza część wypraw. Jednocześnie pragnę towarzystwa ludzi, poznawania ich historii, a z drugiej strony lubię samotność, ciszę, nie czuję się komfortowo w dużych grupach. A tutaj, dom na wsi podlaskiej, jest bardzo otwarty na drugiego człowieka. Dzięki temu, mogłam się powoli uczyć, jak być dla innych. To chyba mnie najbardziej urzekło podczas pobytu na Podlasiu. W takiej zwykłej codzienności zamykamy się na siebie nawzajem, uciekamy od ludzi, albo owszem umawiamy się na zaplanowane spotkania. Przygotowujemy smaczne przekąski, starannie sprzątamy mieszkania, aby było miło i przyjemnie. Oczywiście piszę tutaj o sobie. Będąc na wsi podlaskiej, doświadczyłam jednak zupełnie innej gościnności. Drzwi były otwarte cały dzień, dla spodziewanych i niespodziewanych gości. Nie było ważne, czy jest dość jedzenia, zawsze można otworzyć paczkę chipsów. Najważniejsza była obecność i drugi człowiek.

U naszego przyjaciela spędziliśmy ponad miesiąc. Kolejnym punktem naszej wyprawy, miał być wyjazd do Niemiec, do rodziny.
Jednak zanim wyjechaliśmy wydarzyła się rzecz nieprawdopodobna. Cud.
Okazało się, że jestem w ciąży. Ale jak to, to przecież niemożliwe... Najpierw byłam w takim szoku, że nawet nie umiałam się z tego cieszyć. Serio. Dopiero po kilku dniach dotarło do mnie, że zostaliśmy rodzicami. I dlatego właśnie wierzę w cuda, ponieważ wtedy go doświadczyliśmy.
I z taką nowiną w sercach pojechaliśmy na 2 tygodnie do mojego brata i jego rodziny do Niemiec. To były naprawdę cudowne 2 tygodnie. Czułam się wspaniale. Żadnych mdłości, złego samopoczucia. Nawet zaczęłam ćwiczyć mięśnie dna miednicy! Widziałam jak Kubie błyszczą oczy ze szczęścia. Codziennie stawałam przed lustrem patrząc na brzuch, nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.
Po powrocie do Polski poszłam zaraz do lekarza, żeby potwierdził, że wszystko jest dobrze. Niestety nie potwierdził. Okazało się, że dziecko się nie rozwija. Skierowanie do szpitala na poronienie. Powiem szczerze, że to był większy szok niż informacja, że jestem w ciąży. Totalnie się tego nie spodziewaliśmy.
Nie będę opisywała, co się działo w nas przez kolejne tygodnie, miesiące...Może napisze kiedyś o tym osobny post.
Kolejne 2 miesiące spędziliśmy w Polsce wśród najbliższych. W tym czasie udało nam się pochować naszą córeczkę, której daliśmy na imię Helenka.

Czas leczy rany, myślę że to jest prawda... Przynajmniej u mnie tak było. W tym momencie jestem wdzięczna za Helenkę. Jestem mamą i nic tego nie zmieni. Kuba jest tatą. Jesteśmy rodzicami. I to nam daje nadzieję.

Teraz, gdy piszę ten tekst jest połowa czerwca. Na początku maja wyruszyliśmy w dalszą podróż. Do Grecji. Nie chcemy zatrzymać się na swoim bólu. Wiem, że można żyć pięknie, bez posiadania dzieci. Znam wiele par, który pogrążyły się w tak wielkim bólu, że zapomniały jak żyć, jak żyć tu i teraz. I również od tych samych par wiem, że nie warto. Mamy tylko jedno życie. Mocno wierzę w to, że będziemy mieć dzieci w przyszłości. Tymczasem jesteśmy w drodze, tak dosłownie i w przenośni. Czuję, że wiele się we mnie dzieje, zmienia, ulecza. Bycie w drodze, pomaga mi w tym procesie. Może ktoś powie, że to ucieczka od życia, może... Ale ja wierzę w to, że wszystko ma sens, ta nasza podróż też gdzieś nas prowadzi. Nie ukrywam, że są czasem bardzo ciężkie dni, i tęsknię wtedy za normalnością i swoim łóżkiem. Ale podjęliśmy decyzję. Nie wiemy, co przyniosą kolejne dni, tygodnie, miesiące. Jednak ufamy sobie i Komuś kto nas prowadzi. Mocno czuje, że nie jestem sama w tej wędrówce.

Na koniec, muszę się podzielić moim ulubionym wierszem Stanisława Barańczaka, który świetnie oddaje to co siedzi mi w sercu...

Jeżeli porcelana, to wyłącznie taka, której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu

Jeżeli fotel to niezbyt wygodny, tak aby nie było przykro podnieść się i odejść

Jeżeli odzież, to tyle ile, można unieść w walizce

Jeżeli książki, to te które, można umieść w pamięci

Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć, kiedy nadejdzie czas następnej przeprowadzki na inną ulice, kontynent, etap dziejowy lub świat

Kto ci powiedział, że wolno ci się przyzwyczajać?

Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?

Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy w świecie, czuł się jak u siebie w domu?

Komentarze

Popularne posty