Workaway w Patras. Grecja
Dzisiaj zakończyliśmy nasz miesięczny workaway w Patras, w Grecji. Muszę przyznać, że jak na pierwsze takie doświadczenie, to było niesamowite!
Zacznijmy jednak od początku...
Co to jest workaway?
Workaway jest to bardzo ciekawy i niestandardowy pomysł na życie, albo chociaż krótki kawałek życia. Od strony technicznej wygląda to tak, że trzeba założyć konto na stronie internetowej (https://www.workaway.info/). Ważna informacja, konto jest odpłatne. Następnie należy uzupełnić swój profil, tak, aby był choć trochę atrakcyjny dla przyszłych hostów. I do dzieła. Szukamy miejsca, gdzie chcemy podróżować, popracować, poznać ludzi. Workaway przypomina mi zjawisko symbiozy w naturze, czyli ścisłego współżycia dwóch organizmów, które przynosi korzyść każdej ze stron. Host szuka pomocy w różnych pracach (w ogrodzie, w hostelu, opieka nad zwierzętami itd.), a ja jako workaway szukam noclegu i pożywienia. W praktyce wygląda to tak, że pracujemy kilka godzin dziennie (max.5h), mamy 2 dni wolnego w ciągu tygodnia, a w zamian, dostajemy posiłek oraz nocleg. Myślę, że dla wielu osób to super opcja na podróżowanie. Należy jednak uważać, aby symbioza nie przemieniła się w pasożytnictwo. Piszę o tym dlatego, że czytałam wiele negatywnych opinii na tamat workaway'a i mam świadomość, że można źle trafić. Dlatego też, zanim wyruszyliśmy w naszą szaloną przygodę, zrobiłam szczegółowy research w internecie, szukając odpowiedniego dla nas miejsca. Czytając komentarze innych workaway'erów, oglądając zdjęcia i opisy, można chociaż trochę przygotować się na to, co nas czeka na miejscu. Piszę "chociaż trochę", bo prawda jest taka, że rzeczywistość i tak zaskoczy! Może zaskoczyć negatywnie (oczywiste jest, że na zdjęciach wszystko wygląda piękniej). My mieliśmy to szczęście, że zaskoczenie było na plus, i to wielki plus...
Nasze osobiste doświadczenie...
Przekraczając zieloną, mosiężną bramę ogrodu, nie wiedzieliśmy, co nas czeka oraz kto na nas czeka! Chwilę potem, na przeciw nam wyszła starsza, sympatyczna pani. Jak się później okazało, nie mogliśmy trafić lepiej! Mariejeanne, zaprowadziła nas do naszego pokoju, który na kolejny miesiąc stał się naszym domem. I po chwili przyniosła ciepły, pyszny obiad. Dom w którym mieszkaliśmy, a raczej powinnam napisać willa, powstał pod koniec XIX wieku. Jak łatwo się domyślić, panowała tam niesamowita atmosfera, a wysokie na 4 metry ściany znają zapewne wiele historii ludzi, którzy tam mieszkali. Szczerze mówiąc, uwielbiam takie miejsca z duszą, więc czułam się tam wspaniale. Nie było tam luksusów, jednak było coś co sprawiało że czuliśmy się swojsko i bezpiecznie.


Kolejnego dnia zaczęliśmy pracę ok. 9.00 rano i powoli poznawaliśmy tajemniczy ogród, pełen dzikich ścieżek, starych drzew, pysznych owoców i mnóstwa chwastów do wyrywania. Kuba zaczął od wykaszarki, a ja z nożycami ogrodowymi w rękach, próbowałam mu dorównać. Po dwóch godzinach pracy, Mariejeanne ogłosiła przerwę kawową i zaserwowała nam wymarzoną kawę i ciasteczka. To był fajny czas, trochę wytchnienia podczas pracy, a jednocześnie pogaduszki z Mariejeanne, która, jak to starsze panie mają w zwyczaju, uwielbiała opowiadać rozmaite historie.

Po pierwszym dniu, byłam trochę zmęczona, bo nigdy wcześniej nie pracowałam tyle w ogrodzie! Ale z każdym kolejnym dniem było coraz lepiej. Jakub radził sobie wspaniale od początku, ma zdecydowanie rękę do ogrodnictwa!


Widzieliśmy efekty naszej pracy, co dawało kopa do działania. W tajemniczym ogrodzie, było mnóstwo roboty, najwięcej odchwaszczania po zimie, przycinanie drzewek, zdarzały się też pracę z pędzlem i farbą co sprawiało mi największą frajdę. Myślę, że najfajniejsze było to, że nikt nas nie kontrolował, mieliśmy totalną wolność. Na początku dnia dostaliśmy instrukcje co i gdzie robić, a potem Mariejeanne zostawiała nas, darząc zaufaniem, to było naprawdę niesamowite!
Ten miesiąc był pełen nowości, oprócz pracy w ogrodzie, doświadczyliśmy takiej zwykłej, greckiej codzienności. Włócząc się po ulicach Patras, obserwowaliśmy lokalnych ludzi, ich zwyczaje, relacje, warunki w jakich żyją.
I oczywiście jedzenie, moja ulubiona czynność! Mariejeanne, chociaż nie jest rodowitą greczynką, gotuje pyszne, greckie potrawy. Już tęsknię za jej tzatzikami, mousaką, taramusalatą, oliwkami i oliwą z oliwek (oczywiście z jej ogrodu oliwnego). Jestem zdecydowanie wielką fanką kuchni greckiej. A soki, przygotowane ze świeżo zerwanych z drzew pomarańczy, nigdy nie smakowały tak dobrze!

Spotkanie z Mariejeanne, jej ogrodem, kochanymi pupilami, było takie dobre! Takie potrzebne, nam i jej! Jestem bardzo wdzięczna, za ten miesiąc. Dał mi niezwykłą wiarę w dobro drugiego człowieka i pokazał, że ja też potrzebuje relacji z innymi, chociaż jestem totalną introwertyczką.
Dziękuję.
Zacznijmy jednak od początku...
Co to jest workaway?
Workaway jest to bardzo ciekawy i niestandardowy pomysł na życie, albo chociaż krótki kawałek życia. Od strony technicznej wygląda to tak, że trzeba założyć konto na stronie internetowej (https://www.workaway.info/). Ważna informacja, konto jest odpłatne. Następnie należy uzupełnić swój profil, tak, aby był choć trochę atrakcyjny dla przyszłych hostów. I do dzieła. Szukamy miejsca, gdzie chcemy podróżować, popracować, poznać ludzi. Workaway przypomina mi zjawisko symbiozy w naturze, czyli ścisłego współżycia dwóch organizmów, które przynosi korzyść każdej ze stron. Host szuka pomocy w różnych pracach (w ogrodzie, w hostelu, opieka nad zwierzętami itd.), a ja jako workaway szukam noclegu i pożywienia. W praktyce wygląda to tak, że pracujemy kilka godzin dziennie (max.5h), mamy 2 dni wolnego w ciągu tygodnia, a w zamian, dostajemy posiłek oraz nocleg. Myślę, że dla wielu osób to super opcja na podróżowanie. Należy jednak uważać, aby symbioza nie przemieniła się w pasożytnictwo. Piszę o tym dlatego, że czytałam wiele negatywnych opinii na tamat workaway'a i mam świadomość, że można źle trafić. Dlatego też, zanim wyruszyliśmy w naszą szaloną przygodę, zrobiłam szczegółowy research w internecie, szukając odpowiedniego dla nas miejsca. Czytając komentarze innych workaway'erów, oglądając zdjęcia i opisy, można chociaż trochę przygotować się na to, co nas czeka na miejscu. Piszę "chociaż trochę", bo prawda jest taka, że rzeczywistość i tak zaskoczy! Może zaskoczyć negatywnie (oczywiste jest, że na zdjęciach wszystko wygląda piękniej). My mieliśmy to szczęście, że zaskoczenie było na plus, i to wielki plus...
Nasze osobiste doświadczenie...
Przekraczając zieloną, mosiężną bramę ogrodu, nie wiedzieliśmy, co nas czeka oraz kto na nas czeka! Chwilę potem, na przeciw nam wyszła starsza, sympatyczna pani. Jak się później okazało, nie mogliśmy trafić lepiej! Mariejeanne, zaprowadziła nas do naszego pokoju, który na kolejny miesiąc stał się naszym domem. I po chwili przyniosła ciepły, pyszny obiad. Dom w którym mieszkaliśmy, a raczej powinnam napisać willa, powstał pod koniec XIX wieku. Jak łatwo się domyślić, panowała tam niesamowita atmosfera, a wysokie na 4 metry ściany znają zapewne wiele historii ludzi, którzy tam mieszkali. Szczerze mówiąc, uwielbiam takie miejsca z duszą, więc czułam się tam wspaniale. Nie było tam luksusów, jednak było coś co sprawiało że czuliśmy się swojsko i bezpiecznie.


Kolejnego dnia zaczęliśmy pracę ok. 9.00 rano i powoli poznawaliśmy tajemniczy ogród, pełen dzikich ścieżek, starych drzew, pysznych owoców i mnóstwa chwastów do wyrywania. Kuba zaczął od wykaszarki, a ja z nożycami ogrodowymi w rękach, próbowałam mu dorównać. Po dwóch godzinach pracy, Mariejeanne ogłosiła przerwę kawową i zaserwowała nam wymarzoną kawę i ciasteczka. To był fajny czas, trochę wytchnienia podczas pracy, a jednocześnie pogaduszki z Mariejeanne, która, jak to starsze panie mają w zwyczaju, uwielbiała opowiadać rozmaite historie.

Po pierwszym dniu, byłam trochę zmęczona, bo nigdy wcześniej nie pracowałam tyle w ogrodzie! Ale z każdym kolejnym dniem było coraz lepiej. Jakub radził sobie wspaniale od początku, ma zdecydowanie rękę do ogrodnictwa!


Widzieliśmy efekty naszej pracy, co dawało kopa do działania. W tajemniczym ogrodzie, było mnóstwo roboty, najwięcej odchwaszczania po zimie, przycinanie drzewek, zdarzały się też pracę z pędzlem i farbą co sprawiało mi największą frajdę. Myślę, że najfajniejsze było to, że nikt nas nie kontrolował, mieliśmy totalną wolność. Na początku dnia dostaliśmy instrukcje co i gdzie robić, a potem Mariejeanne zostawiała nas, darząc zaufaniem, to było naprawdę niesamowite!
Ten miesiąc był pełen nowości, oprócz pracy w ogrodzie, doświadczyliśmy takiej zwykłej, greckiej codzienności. Włócząc się po ulicach Patras, obserwowaliśmy lokalnych ludzi, ich zwyczaje, relacje, warunki w jakich żyją.
I oczywiście jedzenie, moja ulubiona czynność! Mariejeanne, chociaż nie jest rodowitą greczynką, gotuje pyszne, greckie potrawy. Już tęsknię za jej tzatzikami, mousaką, taramusalatą, oliwkami i oliwą z oliwek (oczywiście z jej ogrodu oliwnego). Jestem zdecydowanie wielką fanką kuchni greckiej. A soki, przygotowane ze świeżo zerwanych z drzew pomarańczy, nigdy nie smakowały tak dobrze!

Spotkanie z Mariejeanne, jej ogrodem, kochanymi pupilami, było takie dobre! Takie potrzebne, nam i jej! Jestem bardzo wdzięczna, za ten miesiąc. Dał mi niezwykłą wiarę w dobro drugiego człowieka i pokazał, że ja też potrzebuje relacji z innymi, chociaż jestem totalną introwertyczką.
Dziękuję.


Komentarze
Prześlij komentarz