Zakynthos, grecka wyspa z różnych perspektyw

Jutro opuszczamy Grecję. Kraj niezwykły, w niektórych aspektach niezrozumiały, jednak z pewnością będziemy za nim tęsknić!
Z tej okazji chcę napisać, o jeszcze jednym, pięknym miejscu na mapie Grecji. 
Wyspa Zakynthos. Zwana również, przez greków, Zante. Wybierana na miejsce wypoczynku i relaksu. Zdecydowanie nie bez przyczyny! My doświadczyliśmy jej uroku, z perspektywy turystów oraz jako pracownicy hotelu, w popularnym kurorcie. 




Zacznijmy od przyjemności. Będąc na workaway w Patras, zrobiliśmy sobie mały, czterodniowy urlop i popłynęliśmy statkiem na wyspę Zakynthos. Warto na początku pomyśleć o transporcie, gdyż wyspa, mimo że jest niewielka, to jednak bardzo górzysta. 
My wybraliśmy przemieszanie się wynajętym samochodem. Koszt to 40 euro na dzień. Widzieliśmy, że wielu turystów wynajmowało skutery, a nawet quady. Wyobraźcie sobie parę 70-latków, mknących beztrosko na quadzie, wśród zielonych pagórków. Jestem pewna, że czuli się znów jak młodzi, zakochani w sobie nastolatkowie. A takich par widzielśmy wiele! Uroczy widok. 
Po wynajęciu auta, udaliśmy się na miejsce noclegu. Już od progu, przywitała nas ciepło właścicielka pensjonatu. Bardzo lubię takie kameralne miejsca, gdzie człowiek jest traktowany bardziej jak rodzina, niż jak anonimowy turysta w wielkim hotelu. Dlatego, najczęściej wybieramy właśnie takie miejsca, najlepiej z dala od głównych kurortów turystycznych. I tym razem mieliśmy niezwykłe szczęście. Nasz pensjonat był położony zaledwie kilka minut od plaży, a rano przy śniadaniu mogliśmy napawać się widokiem czystego, spokojnego morza. Nawet raz, udało mi się wstać bardzo wcześnie rano, żeby popatrzeć na wschód słońca! 

Nie chcę tutaj pisać o atrakcjach, jakie można znaleźć na wyspie, zapewne jest mnóstwo blogów na ten temat. 
Ze swojej strony, polecam udać się wieczorem na zachód wyspy, żeby leniwie pocelebrować zachód słońca - jeśli oczywiście ktoś lubi takie sytuacje.




Już samo przemieszczanie się po wyspie, jest niezwykłą atrakcją - kręte, górskie drogi, a dookoła dzika roślinność. Miejscami serce podchodziło mi do gardła, kiedy na zakręcie patrzyłam w dół, w przepaść (cierpię na coś w rodzaju lęku wysokości). Jednak widoki rekompensowały wszystko!


Przyznam się, że większość czasu spędziliśmy leżąc beztrosko na plaży i zażywając kąpieli w przyjemnie chłodnym morzu. Jednak każdego dnia  wybieraliśmy inne miejsce! Na początku, wylądowaliśmy na Zorro Beach, plaży usytuowanej na wchodzie wyspy. Na wielu plażach można zapłacić za dodatkową przyjemność, jaką jest leżenie na wygodnym leżaku pod parasolem. Na plaży Zorro Beach, były dwa rzędy takich leżaków. Chcąc być bliżej morza musisz zapłacić 20 euro za 2 leżaki i parasol, natomiast drugi rząd to koszt 10 euro. Zaszaleliśmy i zapłaciliśmy 10 euro, wiecie luksus, ale nie za duży! Kolejne dni spędziliśmy na równie urokliwych plażach, które zazwyczaj były piaszczyste. Niemniej jednak, jeśli wylądujecie w przyszłości na plaży Zakynthos, jestem pewna, że każda będzie odpowiednia. 




Jednego popołudnia, dla urozmaicenia, wybraliśmy się samochodem do miasteczka Exo Chora, gdzie stoi najstarsze drzewo oliwne na całej wyspie. Podobno liczy sobie 2500 lat! Po zrobieniu zdjęcia tak okazałemu i sędziwemu zabytkowi, wybraliśmy się na krótki spacer po okolicy. Po drodze przydreptał do nas mały, lokalny piesek, który stał się naszym przewodnikiem. Słyszeliśmy, że jakaś starsza Pani woła za nim "Marta, Marta", więc uznaliśmy, że to jego imię i się tak do niego zwracaliśmy od tej pory. Pozdrawiam moją kochaną przyjaciółkę Martę!!! 💓



Z praktycznych informacji, miejsce gdzie mieszkaliśmy przez ten czas, nazywa się Bel Momento Apartments, Alykanas. Bardzo polecam ten pensjonat, ze względu na cichą okolicę,  przesympatycznych właścicieli, pyszne jedzenie i rozsądną cenę. 


Teraz kilka słów o przygodzie, jaką była praca w hotelu. Niechlubnie przyznaję, że spędziliśmy tam tylko tydzień, co nie zmienia faktu, że było to bardzo ciekawe i poszerzające horyzonty doświadczenie. Od pewnej polki, mieszkającej na Zakyntos, dowiedzieliśmy się, że jest opcja zarobić sobie trochę pieniędzy. Stwierdziliśmy, że to świetna okazja, spędzimy tam miesiąc, aby potem bez skrupułów kontynuować podróże, które niestety trochę kosztują. 
Mieliśmy zapewnione jedzenie, nocleg, może nie był idealny, ale był. I praca, codziennie 8h. Ja pracowałam w housekeepingu, z sześcioma innymi dziewczynami. Kuba został przydzielony do kuchni. Poznaliśmy tam dużo ciekawych pracowników, którzy głównie pochodzili z Albani i Grecji, ale był też chłopak z Włoch, a nawet z Gwinei. Praca była ciężka, szczególnie w kuchni. Hotel, mieścił się w bardzo popularnym kurorcie, w miasteczku Tsilivi, i głównymi turystami byli brytyjczycy. Jedna noc w tym miejscu, w szczycie sezonu, kosztuje 2000 zł! Nigdy bym tyle nie zapłaciła, chociaż hotel i usługa były niewątpliwie na wysokim poziomie. Schłodzone wino, serwowane prosto do pokoju, zdrowe i mniej zdrowe przekąski podawane na wytrawych tacach, czasem muzyka na żywo, prywatny basen w pokoju. Jak widać są ludzie, którzy chętnie zapłacą za takie luksusy. Najgorsze, co zaobserwowaliśmy przez ten czas, to marnotrawstwo jedzenia. Mnóstwo niezjedzonych resztek, trafiała codziennie do kosza, w jednych hotelu. A takich miejsc na wyspie jest ogromna ilość. Jest to bardzo smutna i bulwersująca prawda. Kolejnym absurdem była wymiana papieru toaletowego. Jeśli papier był już w połowie zużyty, lądował w koszu, a na jego miejsce dawano nowy, świeżutki, żeby gość hotelowy miał poczucie, że jest w "wytwornym miejscu". Totalny absurd. 
Po tygodniu pracy okazało się, że jednak zarobki będą o połowę mniejsze, niż na początku uzgodniliśmy. Uznaliśmy więc, że nie ma to sensu i zrezygnowaliśmy. Jestem jednak pełna podziwu dla ludzi, którzy pracują tam dzień w dzień, po 12 h, przez cały sezon. Szacun. Mimo, że ten epizod był tak krótki, fajnie było zobaczyć stronę hotelową "od kuchni" i poznać ludzi, którzy tam pracują. 

Ostatniego dnia pobytu na wyspie, postanowiliśmy zrobić coś szalonego, spędzić noc na plaży. Brzmi całkiem fajnie, też tak myślałam, do czasu. Na początku, obawiałam się, że ktoś nas znajdzie, ograbi ze wszystkiego, a na końcu zabije, wyobraźnia działała. Mimo, że tak się na szczęście nie stało, ta noc była straszna... Z powodu wszystkim dobrze znanym komarom! Jak sobie przypomnę to bzzzzz nad uchem... całą noc... Koszmar. O 4 nad ranem już mieliśmy dość i uciekliśmy od żądnych naszej, a głównie mojej krwi, bestii. W tamtym momencie postanowiłam, nigdy więcej nocy na plaży! 


Jak widać, podróżowanie ma swoje dobre i złe momenty. Na szczęście, już się pozbierałam po tamtym traumatycznym przeżyciu, i aktualnie z uśmiechem i nadzieją, szykujemy się na kolejny etap podróży... A gdzie, to się wkrótce okaże! 





Komentarze

Popularne posty