Autostopem do Asyżu



Do Asyżu wybraliśmy się autostopem z Montagnii, ponieważ tak było najprościej. Odległość między Asyżem, a naszym miejscem pobytu wynosi około 90 km, czyli stosunkowo blisko. Pierwszy etap to wydostanie się z naszej górskiej wioski, co poszło całkiem gładko, gdyż już pierwszy samochód zatrzymał się, aby nas zabrać. Kobieta, która siedziała za kierownicą miała na imię Giovanna, okazało się, że jest naszą niedaleką sąsiadką. Kolejne wyzwanie to wydostanie się z Sansepolcro, co nie było proste, gdyż większość samochodów poruszała się lokalnie, w obrębie regionu Toskania, a naszym kierunkiem była Umbria. Mój mąż podpowiada mi, że ważne jest dobre rozeznanie sieci dróg i miast, co gwarantuje 80% sukcesu w dotarciu do celu. I za tą sferę w naszym związku odpowiada Kuba. Moja orientacja w terenie jest naprawdę tragiczna, kiedyś zgubiłam się na krakowskich plantach i jeździłam rowerem w kółko, nie mogąc odnaleźć dworca kolejowego!

Wracając do naszej historii autostopowej, po około pół godzinie łapania, zatrzymał się uśmiechnięty signore, który przedstawił się jako Lorenzo. Jechał właśnie do pracy, do miejscowości Umbertide. Był bardzo otwarty i dużo opowiadał o sobie. Oczywiście wszystko w języku włoskim. W pewnym momencie powiedział, że jest "molto religioso" (co nawet ja zrozumiałam), a następnie pokazał swój różaniec! Wtedy pomyślałam, że nie będę gorsza i wyciągnęłam swój stary, brązowy różaniec. Lorenzo uśmiechnął się na ten widok, i zaczął mówić "brava, brava!". I w taki prosty sposób złapaliśmy nić porozumienia. Nasz nowy znajomy, zaczął opowiadać o Madonnie, że jest bardzo ważna dla niego i jego rodziny. Na końcu żałował, że musi jechać do pracy piec chleb, bo chętnie zabrałby nas do samego Asyżu.
 


Czując w żyłach dobrą passę, stanęliśmy w kolejnym miejscu z kciukiem uniesionym do góry. Dość szybko zatrzymała się młoda dziewczyna, która jechała w tym kierunku i mogła nas podrzucić kawałek. Laura, bo tak miała na imię, mówiła trochę po angielsku, więc nasza rozmowa była mieszanką włosko-angielskich słów. Okazało się, że wie co to jest workaway, a nawet sama przyjmuje workawayersów do pracy, takich jak my. Była to miła niespodzianka, bo zazwyczaj ludzie nie mają zielonego pojęcia na czym to polega. Laura podwiozła nas do miejsca, gdzie zostało tylko 24 km do Asyżu!
Wiedzieliśmy, że cel naszej podróży jest już blisko, więc beztrosko, na luzie łapaliśmy stopa, mając nadzieję, że za moment ktoś nas zabierze. Niestety, chociaż byliśmy tak blisko, utknęliśmy na godzinę! A nie pomagał fakt, że było samo południe, kiedy słońce grzało niemiłosiernie. Przez cały ten czas prosiliśmy św. Franciszka, żeby ktoś się w końcu zlitował i zabrał nas do jego rodzinnego miasta. W pewnym momencie Kuba zauważył, że jeszcze nie podwoził nas żaden polak i ksiądz. W końcu jakiś samochód się zatrzymał, a my z wdzięcznością weszliśmy do środka. Za kierownicą siedział wysoki mężczyzna około czterdziestki, który wracał z siłowni. Po krótkim przedstawieniu, okazało się, że to Antonio a dokładnie Don Antonio, co znaczy, że jest księdzem. Uśmiechnęłam się na myśl o słowach Kuby. Opowiedzieliśmy mu trochę o sobie, pokazaliśmy obrączki, że jesteśmy małżeństwem, co wyraźnie go zdziwiło. Małżeństwo w naszym wieku nie jest chyba tutaj zbyt popularnym zjawiskiem, gdyż wiele osób dziwi się kiedy o tym wspominamy. Don Antonio zapytał nas czy mamy dzieci, więc opowiedzieliśmy mu krótko naszą historie, która bardzo go poruszyła. Chociaż jechał do innego miasteczka, zawiózł nas do samego Asyżu, nadkładając przy tym ponad godzinę drogi. Na końcu pobłogosławił nas i obiecał modlitwę, a my wyszliśmy z silnym przeczuciem, że Ktoś się nami opiekuje. Serio, jesteśmy bardzo wdzięczni każdej osobie która nas zabrała i potwierdziła że ludzie są dobrzy!



Asyż zachwycił nas od pierwszego wejrzenia! Miasto usytuowane na wzgórzu Subasio, zbudowane z kamienia, którego kolor trudno określić. Czasem jest beżowy, czasem kremowy lub różowy! Niesamowicie kojący... Nad Asyżem unosi się przedziwna aura spokoju, co sprawia, że chcesz tam po prostu być. Mimo tego, że miasto jest z kamienia nie ma mowy o braku zieleni! Jest mnóstwo zielonych zakątków, a barwne kwiaty w donicach dodają uroku każdej kamienicy. Uwielbiam to! Okazuje się, że w 2021 roku odbył się tutaj konkurs na najpiękniej ustrojony balkon - "Concorso balconi fioriti".






W rodzinnym mieście św. Franciszka i św. Klary znajdziemy mnóstwo kościołów, w tym najbardziej znana bazylika św. Franciszka, bardzo okazała i przepiękna w środku. Nas jednak najbardziej zachwycił kościółek San Damiano, który znajduje się poza centrum Asyżu i można tam dojść malowniczym szlakiem, prowadzącym stromo w dół. Tam właśnie św. Franciszek usłyszał głos z krzyża mówiący "Riparare la sua casa che va in rovina", co oznacza: "Idź i napraw mój dom, który jest w rozsypce". Franciszek wziął te słowa do serca i rzeczywiście odbudował kilka kościołów... po czym położył fundament Kościoła Ubogiego, który przetrwał już ponad 800 lat. Od tamtej pory cudowny krzyż czciły siostry, a po przeprowadzce zabrały go ze sobą. Aktualnie oryginalny krzyż San Damiano znajduje się w Bazylice św. Klary.






Spacerując kamiennymi uliczkami miasta, ciągle natrafialiśmy na małe sklepiki z pamiątkami lub z lokalnym rękodziełem. Mimo dużej ilości pielgrzymów, nie odczuwało się żadnego zgiełku, pędu. Ludzie powoli spacerowali wąskimi uliczkami, poddając się niesamowitej aurze tego miejsca.






Najfajniejsze co można zrobić w Asyżu, to zgubić się w labiryncie podobnych do siebie uliczek, zakątków, podziwiając piękno i prostotę tego miejsca. W ten sposób dotarliśmy do Rocca Maggiore, średniowiecznej fortecy z piękną panoramą miasta.

Pobyt w Asyżu był dla nas jak balsam dla duszy. Bardzo chcemy tutaj wrócić w przyszłości. Oprócz tego, że jest piękny wizualnie to przyciąga swoim spokojem i prostotą. Jest zdecydowanie na szczycie listy moich ulubionych miast! Jesteśmy bardzo wdzięczni za ten przystanek w naszej drodze!



Komentarze

Popularne posty