Workaway w Toskanii. Jak zamieszkaliśmy w XII-wiecznej wieży

Zawsze marzyłam, o tym żeby mieszkać w górach. I kolejne marzenie się spełnia... Mieszkamy w górach, w małej wiosce o nazwie Montagna. Idealna nazwa dla górskiej wsi. Nie ukrywam, jest to miejsce prawie na końcu świata, co sprawia, że podoba mi się jeszcze bardziej! Wąskie, klimatyczne uliczki, kamienne domki, mnóstwo zieleni i majestatyczne góry dookoła... A w centrum tego krajobrazu stoi dumnie XII- wieczna wieża, nasz nowy dom. Całe miejsce nosi nazwę Casa della Musica, ponieważ poprzedni właściciel był muzykiem. Teraz również, z różnych zakątków słychać przyjemną dla ucha melodie.





Aktualnym właścicielem tego niezwykłego miejsca jest Raymondo, który mieszka tu od pięciu lat, a z pochodzenia jest brytyjczykiem. Jest bardzo ciekawą i barwną postacią, o ekstrawertycznyn usposobieniu. Nieodłącznym kompanem Raymondo jest Sibi, jego wierny pies, rasy borzoi, o której nigdy wcześniej nie słyszałam. O Sibi będzie tutaj sporo, ponieważ jest niewątpliwie gwiazdą! To zacne towarzystwo uzupełnia jeszcze kocia rodzinka, mama bez łapki, kulejący tata bez ucha, a kocie dziecko całkiem sprawne, ale podobno ma trudny charakter, jak twierdzi Raymondo. No i my, trochę pokręcona i szukająca przygód para, myślę że super pasujemy do tego nietypowego towarzystwa.





Wieża w której mieszkamy jest bardzo wysoka, niczym czteropiętrowy blok. Policzyłam, że codziennie pokonuje 61 drewnianych schodów, aby dostać się do swojego pokoju. W średniowieczu, wieże miały chronić mieszkańców przed częstymi napadami i grabieżami. Poza praktyczną funkcją, były przedmiotem konkurencji, im wyższa wieża tym bogatszy właściciel. Nie mam pojęcia jak my wypadamy w tym zestawieniu, ponieważ w najbliższej okolicy nie widziałam innej wieży, nie ukrywam jednak, że momentami czuje się jak zaklęta w średniowieczu księżniczka, za dużo bajek w dzieciństwie...

Wracając do rzeczywistości, opowiem trochę o naszej pracy w tym miejscu. Od 8.00 do 12.00 najczęściej spędzamy czas w ogródku, podlewając rośliny, sadząc nowe okazy, zbierając czereśnie z drzew lub wyrywając chwasty. Jak już zdążyłam się nauczyć, w ogrodzie pracy nigdy nie brakuje. Czasami zdarza się, że wąż doprowadzający wodę się zepsuje i wtedy musimy zejść do pobliskiego strumienia, żeby napełnić konewki wodą. Wtedy mocno doświadczam tego, że jesteśmy daleko od cywilizacji, ale blisko natury. Bardzo mi się to podoba... Po pracy mamy czas dla siebie, wtedy gotujemy razem posiłki z lokalnych produktów. Raz w tygodniu odwiedza nas Giovanni, który przywozi swojski chleb, sery, warzywa i pyszną włoską pizzę. Kolejny raz podkreślę, że kocham kuchnie śródziemnomorską!



Po południu codziennym rytuałem jest spacer z Sibi. Nasza nowa przyjaciółka dostarcza nam sporo atrakcji. Średnio co drugi dzień, postanawia się z nami zabawić w kotka i myszkę i ucieka nie wiadomo gdzie. Idąc przez las, spuszczamy ją ze smyczy, żeby mogła się wybiegać, i wtedy cwana koleżanka wymyka się zwinnie, a dogonić ją niełatwo! Zazwyczaj znajdujemy ją w wiosce, gdzie podjada sąsiadom kocie przysmaki. Na szczęście Sibi jest tutaj dobrze znana i lubiana, więc mieszkańcy patrzą na jej wybryki z przymrużeniem oka, a nas witają zawsze z uśmiechem!





Włoska otwartość i gościnność jest już znana chyba na całym świecie, i rzeczywiście to nie są mity. Wczoraj dostaliśmy zaproszenie na imprezę, z okazji poświęcenia odnowionej ikony św. Katarzyny ze Sieny. Podobno cała wioska jest zaproszona, upieczemy dobre ciacho i zobaczymy na własne oczy jak bawią się włosi. Jestem bardzo ciekawa!

Nasza wioska jest położna na wysokości 700 metrów, dzięki temu zaraz po wyjściu z domu mamy do wyboru kilka górskich szlaków, które prowadzą przez niezwykle malownicze miejsca. Niedawno dotarliśmy do kapucyńskiego monasteru, położonego ok. 4 km od nas. Była to niedziela i akurat trafiliśmy na włoską mszę. Zaraz po niej podszedł do nas zakonnik i z zainteresowaniem zapytał skąd jesteśmy, co tutaj robimy. Nie mam pojęcia czemu myślał, że jesteśmy z Niemiec! Oczywiście cała rozmowa odbywała się w języku włoskim, okazało się, że Kuba potrafi się świetnie dogadać w tym języku! W przeciwieństwie do mnie, ja wtedy stosuje najbardziej uniwersalny język na świecie jakim jest zwykły uśmiech, zawsze działa!







Oprócz pieszych wycieczek, zaliczyliśmy też jedną rowerową do miasteczka Città di Castello. Jednak powrót pod górę, krętymi drogami był tak długi i męczący, że nie wiem czy odważę się ponownie wsiąść na rower!





Napomknę jeszcze kilka słów o lokalnej faunie. Podobno można spotkać tutaj wilka, co jest marzeniem Kuby i już mi wspomina o wieczornej eskapadzie do lasu w poszukiwaniu tego legendarnego zwierzęcia. Dziki, jelenie, węże to tutaj chleb powszedni oraz wszędobylskie jaszczurki, które uwielbiają się wspinać po kamiennych murach i chować w różne zakamarki - lubią zdecydowanie ciepły klimat i prażące słońce. Jest jeszcze jedno ciekawe stworzonko, motyl udający osę. Dosłownie! Ma czarno żółte pasy i w ten sposób wydaje się groźnym owadem dla swoich potencjalnych przeciwników. Natura jest niesamowita!





Jestem wdzięczna, że jesteśmy w tym niezwykłym miejscu. W Montagni, gdzie czas się zatrzymał, a ludzie żyją prosto, celebrujac codzienność, pozdrawiając się podczas codziennych spacerów. Nie wiem co przyniosą kolejne dni, ale mam przeczucie, że jesteśmy w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Celebrujmy codzienność!









Komentarze

Popularne posty