Śladami św. Franciszka, Toskania i Umbria
Nasz pobyt w Toskanii jest totalnie spontaniczny. Nie planowaliśmy postoju tutaj, miała być Czarnogóra, lecz z różnych względów trafiliśmy do Włoch. Być może nie bez przyczyny... Podróżując po Toskanii oraz Umbrii, która leży tuż obok, ciągle natrafialiśmy na osobę św. Franciszka z Asyżu. Dlatego chcę napisać słów kilka o tej niezwykłej postaci i drodze jaką przemierzyliśmy razem z nim.
Pierwszym miejscem był klasztor Montecasale, usytuowany w górach, około 4 km od naszej wieży. W 1212 roku pustelnia została ofiarowana św. Franciszkowi i od tego czasu jest połączona z franciszańską historią, a sam święty zatrzymywał się tam kilkukrotnie podczas swoich pieszych wędrówek. Miejsce jest niezwykłe, z dala od cywilizacji, z pięknymi widokami które cieszą oczy i napawają spokojem. Jest pewna historia związana z tym miejscem. Otóż, podczas pobytu św. Franciszka w Montecasale, przybyło dwóch młodzieńców, którzy zapragnęli dołączyć do zakonników. Nasz pomysłowy święty postanowił przetestować ich posłuszeństwo i silną wolę. Poprosił, żeby zasadzili razem z nim kapustę w ogrodzie, naśladując go. Ku zdziwieniu przybyszów, Franciszek sadził kapustę korzeniami do nieba, liście wsadzając w ziemię. Pierwszy z nich bez słowa powtarzał wszystkie czynności, jednak drugi nie mógł pogodzić się z tak irracjonalnym pomysłem. Głośno wyraził swoje zdanie i mimo upomnień uparcie obstawiał przy swoim. Brat Słońce spuentował to w ten sposób:"Jesteś dobrym nauczycielem, idź szukaj swojej drogi, tutaj niestety nie pasujesz". Pierwszy młodzieniec został przyjęty, a drugi odrzucony. Na pamiątkę tej historii, bracia do dzisiaj uprawiają kapustę w klasztornym ogrodzie, po włosku zwanym "orto".



Tydzień później wybraliśmy się do sanktuarium La Verna, położonego na wysokości 1128 m n.p.m. w Apeninach. Tam właśnie św. Franciszek otrzymał stygmaty. Na pamiątkę tego wydarzenia odbywa się uroczysta procesja od bazyliki do kaplicy objawienia, w której mieliśmy okazję uczestniczyć. Sanktuarium jest ogromne i robi wrażenie. Klasztor wybudowano na monumentalnych skałach, które są tam chyba od zawsze. Jest to miejsce idealne dla osób szukających kontemplacji, piękna i ciszy. Chociaż sugeruję udać się tam w tygodniu, kiedy jest mniej pielgrzymów.
Najlepiej wybrać się własnym samochodem lub pieszo górskimi szlakami. Aczkolwiek autostop też się sprawdził!


Ostanim punktem, do jakiego trafiliśmy śladem św. Franciszka jest oczywiście Asyż. Miasto, które mnie totalnie zaskoczyło i zachwyciło. Jest całkiem inne, niż typowe pielgrzymkowe sanktuaria, jakich obraz mam w głowie. Ale o tym miejscu napiszę już niedługo...
Słów kilka o św. Franciszku...
Prawdopodobnie każdy słyszał o Biedaczynie z Asyżu lub Bracie Słońcu, jak go często nazywano. Podobno nawet ateiści darzą św. Franciszka sympatią. Wcale się im nie dziwię! Oprócz tego, że był świętym człowiekiem, był również pionierem pochwały przyrody, a dzisiaj jest patronem ekologii. Jest mnóstwo historii o tym jak św. Franciszek rozmawiał ze zwierzętami, jak ujarzmił swoją miłością dzikiego wilka, kochał naturę, biedę nazywał swoją siostrą, a pogardzał złotem.
W młodym wieku sprzeciwił się swojemu ojcu, który był bogatym kupcem i nie chciał nawet słyszeć o tym, że jego syn wybiera drogę ubóstwa. Rozebrał się do naga na środku rynku i wśród zgromadzonych ludzi oficjalnie przyznał, że jego jedynym ojcem jest ojciec niebieski. Niewątpliwie osobliwa postać. Od tego czasu ludzie traktowali go jak heretyka i buntownika. Na szczęście naszego bohatera, sam papież wstawił się za nim i uznał reguły jakimi chciał się kierować on i jego towarzysze. Będąc ubogim jak mysz kościelna, wprawiał bogatych ludzi, w tym wysoko postawionych biskupów, w zakłopotanie i powodował u nich wyrzuty sumienia, których wiadomo nikt nie lubi. A z kolei biedacy też go nie rozumieli, gdyż pogardzał tym o czym oni marzyli...
Św. Franciszek uznawał za największe szczęście, to co my uznajmy za nieszczęście. Upodobał sobie ubóstwo i prostotę. Nie wspominając już o tym, że najlepiej czuł się wśród trędowatych, od których wszyscy uciekali jak najdalej. Będąc tak ubogim, nie miał nic do stracenia, za to miał wiele dystansu do siebie i poczucia humoru, co wynika z różnych historii o świętym. Warto też wspomnieć o św. Klarze, przyjaciółce Franciszka, która była tak samo szalona i chciała dołączyć do jego biednej świty. Jednak Franciszek na to się nie zgodził, za to ofiarował jej odnowiony kościół San Damiano, w którym spędziła wraz z towarzyszkami resztę swojego życia. Wtedy też zapoczątkowała zakon klarysek.
Postawa i życie św. Franciszka naprawdę mnie porusza, jest dla mnie bardzo autentyczny. Pociąga mnie taka prostota, radość z małych rzeczy i wdzięczność. Wdzięczność, która jest motywem przewodnim tego bloga i mojego życia.
Przyznaje, że nie potrafiłabym zrezygnować ze wszystkiego jak św. Franciszek, gdyż uwielbiam otaczać się pięknymi rzeczami, kupować ubrania itd. Jednak podczas naszej podróży coraz bardziej doświadczam tego, że nie trzeba wiele do szczęścia. Rzeczy materialne owszem są potrzebne i mogą nam służyć, ale prawdziwe szczęście to coś więcej. Bycie tu i teraz. Wdzięczność za ludzi, którzy są obok mnie. Śpiew ptaków. Zachód słońca. Spacer po lesie. Myślę, że św. Franciszek by się ze mną zgodził.

Nasz spontaniczny przyjazd do Włoch okazał się nieprzypadkowy. Postać św. Franciszka przyciągała nas jak magnez w ciągu kilku ostatnich tygodni i przypomniała co jest ważne w życiu. Fajnie mieć takiego kompana w drodze. Tak sobie myślę, że imię Franciszek też jest mi bliskie. Po pierwsze tak miał na imię mój dziadek, a po drugie rok temu "adoptowaliśmy" chłopca mieszkającego w Angoli (Adopcja Serca), który ma na imię właśnie Francesco!
Na koniec chcę przytoczyć fragment pieśni o stworzeniu, który napisał sam św. Franciszek, pod koniec swojego życia. Co ciekawe jest to najstarszy, zachowany tekst napisany w języku włoskim...
Pochwalony bądź, Panie mój,
ze wszystkimi Twymi stworzeniami,
szczególnie z panem bratem słońcem,
przez które staje się dzień i nas przez nie oświecasz.
I ono jest piękne i świecące wielkim blaskiem:
Twoim, Najwyższy jest wyobrażeniem.
Pochwalony bądź, Panie mój,
przez brata księżyc i gwiazdy,
ukształtowałeś je na niebie jasne i cenne, i piękne.
Pochwalony bądź, Panie mój, przez brata wiatr i przez powietrze,
i chmury, i pogodę, i każdy czas,
przez które Twoim stworzeniom dajesz utrzymanie.
Pochwalony bądź, Panie mój, przez siostrę wodę,
która jest bardzo pożyteczna i pokorna, i cenna, i czysta.
Pochwalony bądź, Panie mój, przez brata ogień,
którym rozświetlasz noc: i jest on piękny, i radosny, i krzepki, i mocny.
Pochwalony bądź, Panie mój, przez siostrę naszą matkę ziemię,
która nas żywi i chowa,
wydaje różne owoce z barwnymi kwiatami i trawami.
Pierwszym miejscem był klasztor Montecasale, usytuowany w górach, około 4 km od naszej wieży. W 1212 roku pustelnia została ofiarowana św. Franciszkowi i od tego czasu jest połączona z franciszańską historią, a sam święty zatrzymywał się tam kilkukrotnie podczas swoich pieszych wędrówek. Miejsce jest niezwykłe, z dala od cywilizacji, z pięknymi widokami które cieszą oczy i napawają spokojem. Jest pewna historia związana z tym miejscem. Otóż, podczas pobytu św. Franciszka w Montecasale, przybyło dwóch młodzieńców, którzy zapragnęli dołączyć do zakonników. Nasz pomysłowy święty postanowił przetestować ich posłuszeństwo i silną wolę. Poprosił, żeby zasadzili razem z nim kapustę w ogrodzie, naśladując go. Ku zdziwieniu przybyszów, Franciszek sadził kapustę korzeniami do nieba, liście wsadzając w ziemię. Pierwszy z nich bez słowa powtarzał wszystkie czynności, jednak drugi nie mógł pogodzić się z tak irracjonalnym pomysłem. Głośno wyraził swoje zdanie i mimo upomnień uparcie obstawiał przy swoim. Brat Słońce spuentował to w ten sposób:"Jesteś dobrym nauczycielem, idź szukaj swojej drogi, tutaj niestety nie pasujesz". Pierwszy młodzieniec został przyjęty, a drugi odrzucony. Na pamiątkę tej historii, bracia do dzisiaj uprawiają kapustę w klasztornym ogrodzie, po włosku zwanym "orto".



Tydzień później wybraliśmy się do sanktuarium La Verna, położonego na wysokości 1128 m n.p.m. w Apeninach. Tam właśnie św. Franciszek otrzymał stygmaty. Na pamiątkę tego wydarzenia odbywa się uroczysta procesja od bazyliki do kaplicy objawienia, w której mieliśmy okazję uczestniczyć. Sanktuarium jest ogromne i robi wrażenie. Klasztor wybudowano na monumentalnych skałach, które są tam chyba od zawsze. Jest to miejsce idealne dla osób szukających kontemplacji, piękna i ciszy. Chociaż sugeruję udać się tam w tygodniu, kiedy jest mniej pielgrzymów.
Najlepiej wybrać się własnym samochodem lub pieszo górskimi szlakami. Aczkolwiek autostop też się sprawdził!


Ostanim punktem, do jakiego trafiliśmy śladem św. Franciszka jest oczywiście Asyż. Miasto, które mnie totalnie zaskoczyło i zachwyciło. Jest całkiem inne, niż typowe pielgrzymkowe sanktuaria, jakich obraz mam w głowie. Ale o tym miejscu napiszę już niedługo...
Słów kilka o św. Franciszku...
Prawdopodobnie każdy słyszał o Biedaczynie z Asyżu lub Bracie Słońcu, jak go często nazywano. Podobno nawet ateiści darzą św. Franciszka sympatią. Wcale się im nie dziwię! Oprócz tego, że był świętym człowiekiem, był również pionierem pochwały przyrody, a dzisiaj jest patronem ekologii. Jest mnóstwo historii o tym jak św. Franciszek rozmawiał ze zwierzętami, jak ujarzmił swoją miłością dzikiego wilka, kochał naturę, biedę nazywał swoją siostrą, a pogardzał złotem.
W młodym wieku sprzeciwił się swojemu ojcu, który był bogatym kupcem i nie chciał nawet słyszeć o tym, że jego syn wybiera drogę ubóstwa. Rozebrał się do naga na środku rynku i wśród zgromadzonych ludzi oficjalnie przyznał, że jego jedynym ojcem jest ojciec niebieski. Niewątpliwie osobliwa postać. Od tego czasu ludzie traktowali go jak heretyka i buntownika. Na szczęście naszego bohatera, sam papież wstawił się za nim i uznał reguły jakimi chciał się kierować on i jego towarzysze. Będąc ubogim jak mysz kościelna, wprawiał bogatych ludzi, w tym wysoko postawionych biskupów, w zakłopotanie i powodował u nich wyrzuty sumienia, których wiadomo nikt nie lubi. A z kolei biedacy też go nie rozumieli, gdyż pogardzał tym o czym oni marzyli...
Św. Franciszek uznawał za największe szczęście, to co my uznajmy za nieszczęście. Upodobał sobie ubóstwo i prostotę. Nie wspominając już o tym, że najlepiej czuł się wśród trędowatych, od których wszyscy uciekali jak najdalej. Będąc tak ubogim, nie miał nic do stracenia, za to miał wiele dystansu do siebie i poczucia humoru, co wynika z różnych historii o świętym. Warto też wspomnieć o św. Klarze, przyjaciółce Franciszka, która była tak samo szalona i chciała dołączyć do jego biednej świty. Jednak Franciszek na to się nie zgodził, za to ofiarował jej odnowiony kościół San Damiano, w którym spędziła wraz z towarzyszkami resztę swojego życia. Wtedy też zapoczątkowała zakon klarysek.
Postawa i życie św. Franciszka naprawdę mnie porusza, jest dla mnie bardzo autentyczny. Pociąga mnie taka prostota, radość z małych rzeczy i wdzięczność. Wdzięczność, która jest motywem przewodnim tego bloga i mojego życia.
Przyznaje, że nie potrafiłabym zrezygnować ze wszystkiego jak św. Franciszek, gdyż uwielbiam otaczać się pięknymi rzeczami, kupować ubrania itd. Jednak podczas naszej podróży coraz bardziej doświadczam tego, że nie trzeba wiele do szczęścia. Rzeczy materialne owszem są potrzebne i mogą nam służyć, ale prawdziwe szczęście to coś więcej. Bycie tu i teraz. Wdzięczność za ludzi, którzy są obok mnie. Śpiew ptaków. Zachód słońca. Spacer po lesie. Myślę, że św. Franciszek by się ze mną zgodził.

Nasz spontaniczny przyjazd do Włoch okazał się nieprzypadkowy. Postać św. Franciszka przyciągała nas jak magnez w ciągu kilku ostatnich tygodni i przypomniała co jest ważne w życiu. Fajnie mieć takiego kompana w drodze. Tak sobie myślę, że imię Franciszek też jest mi bliskie. Po pierwsze tak miał na imię mój dziadek, a po drugie rok temu "adoptowaliśmy" chłopca mieszkającego w Angoli (Adopcja Serca), który ma na imię właśnie Francesco!
Na koniec chcę przytoczyć fragment pieśni o stworzeniu, który napisał sam św. Franciszek, pod koniec swojego życia. Co ciekawe jest to najstarszy, zachowany tekst napisany w języku włoskim...
Pochwalony bądź, Panie mój,
ze wszystkimi Twymi stworzeniami,
szczególnie z panem bratem słońcem,
przez które staje się dzień i nas przez nie oświecasz.
I ono jest piękne i świecące wielkim blaskiem:
Twoim, Najwyższy jest wyobrażeniem.
Pochwalony bądź, Panie mój,
przez brata księżyc i gwiazdy,
ukształtowałeś je na niebie jasne i cenne, i piękne.
Pochwalony bądź, Panie mój, przez brata wiatr i przez powietrze,
i chmury, i pogodę, i każdy czas,
przez które Twoim stworzeniom dajesz utrzymanie.
Pochwalony bądź, Panie mój, przez siostrę wodę,
która jest bardzo pożyteczna i pokorna, i cenna, i czysta.
Pochwalony bądź, Panie mój, przez brata ogień,
którym rozświetlasz noc: i jest on piękny, i radosny, i krzepki, i mocny.
Pochwalony bądź, Panie mój, przez siostrę naszą matkę ziemię,
która nas żywi i chowa,
wydaje różne owoce z barwnymi kwiatami i trawami.



Komentarze
Prześlij komentarz