Powrót. Adopcja. Obawy.
Powrót. Powrót do pisania po prawie trzech latach jest bardzo, bardzo dziwny. Ale kto zna to uczucie, że coś musisz zrobić, bo inaczej się udusisz? Ja tak mam teraz. Od tygodnia chodzi mi to po głowie i nie daje spokoju. Być może to uczucie pojawiło się we mnie, bo nadchodzą zmiany. Duże zmiany. I całe moje ciało wraz z duszą potrzebują wylać gdzieś słowa. Słowa i myśli, które mnie zalewają wraz z całą gamą emocji. Jakie zmiany zatem na horyzoncie? Rodzicielstwo. Być może. Sama jeszcze nie wiem. Bo to takie inne rodzicielstwo. Inna droga. Adopcja. Siedem dni temu zadzwonił telefon. Ten telefon, na który rodzice adopcyjni czekają czasem latami. Do nas zadzwonił po miesiącu. I wiecie co? Jak to usłyszałam byłam przerażona. A raczej PRZERAŻONA. To był szok. Dziwne to uczucie, gdy czekasz na coś latami i nagle to się zaczyna dziać, a Ty czujesz, że nie jesteś gotowa. Ja tak właśnie czułam. Najpierw pojawił się silny lęk. Lęk, że nie damy rady, bo jeszcze tyle do zrobienia. Trzeba skończyć mieszkanie, trzeba poukładać sobie w głowie, a najlepiej iść na psychoterapie. Może po tym wszystkim będę gotowa. Gdy zadzwoni telefon powiem „Jak cudownie, jestem gotowa”.
Bzdury. Nie można się przygotować na macierzyństwo. Jednocześnie całe życie się na to przygotowujemy. Teraz kilka słów dla mojego mózgu. Słuchaj, mnie uważnie. Masz czteroletnie doświadczenie pracy z małymi dziećmi. Skończyłaś kurs Montessorii, kurs Sensoplastyka, kurs Uważnego Kontaktu z Dzieckiem, bardzo intensywne i treściwe warsztaty w Ośrodku Adopcyjnym. Serio nie jesteś, chociaż trochę gotowa? Ja mam tak, że potrafię sobie wmówić, że czegoś mi brakuje. Zawsze tak miałam. I ciągle szukam odpowiedzi na zewnątrz, a wiem, że mam wszystkie odpowiedzi w środku. Wiem też, że gdy będzie za ciężko mogę zwrócić się po pomoc. Tak zwyczajnie, po ludzku. Minął tydzień, odkąd zadzwonił TEN telefon. Czuje się lepiej. I wiem, że trudne emocje będą mi towarzyszyć. Nie byłam nigdy w takiej sytuacji. Nie wiem, co nas czeka. Jak się zachować. Jak zareagujemy, gdy ujrzymy być może naszego syna. Nie mam pojęcia. Ale wiem jedno. Chcę tego. Chcemy tego. Jesteśmy powołani do rodzicielstwa. Nie przez przypadek zaszliśmy tak daleko. A proces adopcji nie był bułką z masłem. Tyle razy, ile chciałam uciec… to wie tylko mój mąż.
Jestem przekonana, że nie jesteśmy w tym sami. Dlaczego? Bo dostałam znak. Tak dostałam znak. Prosiłam o niego i tadam. Jest. Jak w tej sytuacji mogę wątpić? Nie od dziś czuję, że Ktoś tam nad nami czuwa. Jest to ukojenie.
Gdy przeczytaliśmy kartę z informacjami na temat dziecka, poczułam wielki ciężar. Historia jego narodzin i tego, co działo się wcześniej nie jest kolorowa. Pojawił się lęk. Przytłoczenie. Wiele pytań. Analiza. Rozmowy. Kalkulacje. Tak, pojawia się taki zwykły ludzki lęk. I w tym wszystkim po kilku dniach przychodzi pokój. Boski pokój. Poczucie, że cokolwiek się stanie będzie dobrze.






Komentarze
Prześlij komentarz